Wyobraźcie sobie, że tak długo nie logowałem się na bloga, że wejściu do panelu admina musiałem wziąć szczotkę i pozmiatać wszystkie pajęczyny, martwe muchy i zasuszone kości szczurów :) Faktycznie, długo mnie nie było – ale wiecie – małżeńska błogość mnie dopadła na dobre :) Chciałbym wszystkich poinformować, że Raiff nie wymiękł i dzielnie dał radę przy ołtarzu, a na weselu odkrył w sobie tygrysa parkietowego i tańcował, pląsał oraz przytulał się do Małżonki aż do 5 nad ranem :] Własny ślub to zajebista – pod warunkiem że bierze się go z własnej i przez nikogo nie wymuszonej woli – sprawa. Obrączka tylko trochę mi wadziła na początku, ale jak wiadomo organizm musi się przyzwyczaić do ciała obcego.
Poza tym stara bieda :) No, może nie bieda, ale stara. Czuję, że dziś więcej z siebie nie wykrzesam, ale obiecuję zaglądać tu częściej.
hahaha:) brawo!!!:) bardzo się cieszę, że jesteście z Żoną tacy szczęśliwi:) I oby tak zawsze było!!!:) do wszelkich obrączek i pierścionków trzeba się przyzwyczaić, ale to raczej krótkotrwały proces:)
no w koncu zawitales :)))))