Nienawidzę swojej pracy. Może to mało oryginalne stwierdzenie, ale tak właśnie jest. nienawidzę szczerze, prostolinijnie i bez ogródek. Nienawiść swą poprę opisem jak wygląda mój dzień w pracy. wstaję o 4:50 rano, myję się, robię sobie kanapki i na szybko zjadam jedną z nich na śniadanie. droga do pracy zajmuje mi ok 20 minut (15 jak się spieszę). przed szóstą rano melduję się na bramce, a potem idę ok 500 m na swoją halę. tam przebieram się, wkładam ówcześnie przygotowane kanapki do szafki w kuchni i idę na swoje stanowisko. punktualnie o szóstej mój umysł przechodzi w stan wygaszenia, pracując w trybie czuwania. przełączam się na tryb manualny i zaczynam pracę. tak do przerwy, która trwa 15 minut, w sam raz aby na styk zjeść kanapki, o których już wspominałem i popić je kawą. potem znów do pracy, umysł w stanie czuwania, praca w trybie manualnym. od czasu do czasu kierownik zmiany coś do mnie powie, zawoła mnie i wtedy zmieniam stanowisko na chwilę. pod koniec zmiany sprzątam stanowisko, idę do szatnie, przebieram się i jadę do domu. powrót zajmuje mi 2 razy więcej czasu bo o tej porze na mieście robią się korki. i tak kurwa do zajebania, dzień w dzień, z przerwami na obróbkę zdjęć i sen.. Mam nowego “kolegę” w pracy. Nie wie jak ma na imię więc ochrzciłem go NoName. Więc kolega NoName, to weteran z Biedronki (tak samo jak Robo Grześ, który przejebał tam 8 lat z życia. Tak nawiasem mówiąc, ekipa z pracy mówi na Robo Grzesia inaczej niż ja. wołają na niego “Awaria”. jak tak patrze na jego wyraz twarzy to w sumie to rozumiem), który zarzuca mnie swoimi opowieściami z przeszłych dni. Dla przykładu na przykład, NoName jeździ na pielgrzymki, ale cyt. “Pierdolę te baby co się modlą w autokarze. słuchawki na uszy i techno!”.. No, taki właśnie jest NoName, niegroźny, ale męczący. Praca w ZieDAF’ie ma swój jeden plus. Jest tak chujowa, że aż motywująca. Motywująca do poszukiwania innej pracy. I tak właśnie robię, pojawiła się realna szansa na przejście do agencji, w której asystuję Fotografowi. Trzymam rękę na pulsie i odliczam dni do końca pracy w ZieDAF’ie.
tak apropo zdjęć. jakieś 2 tygodnie temu miałem okazję zrobić pierwszą sesję aktową. szybką, bez większych przygotowań itd.. sampel można zobaczyć w klik!
PS – przypomniał mi się dialog, jaki przeprowadził Robo Grześ (RG) z magazynierem (Mgr) na naszej hali:
RG – potrzebuję antenę FH !
Mgr – jaką?
RG – FH !!
Mgr – jaką?!
RG – FH !! F jak fiut, H jak huj !!
Mgr – ahaa, łap!!
Uff, w końcu krótka chwila wytchnienia.. Ostatnie 2 tygodnie to istna gonitwa za wszystkim i ze wszystkim. Zacznę może od pracy w ZieDAF’ie, bo to przecie temat numer jeden. Więc tak: trochę chujowo jest :) Jednak Raiff nie pęka i daje radę! Praca na produkcji, wiązki do aut. Trza wypakować wiązkę (ok 20 kg więc jest czym machać), rozplątać, wrzucić na specjalny wózek i przesłać dalej.. i tak ok. 220 razy w ciągu ośmiu godzin, co daje nam ok 4500 kg przerzuconych tymi ręcami, o tymi!! Ekipy ok, pracuję z kolesiem, któremu nadałem ksywkę Robo Grześ. Ów Robo Grześ to kolo, który zapierdala tak jakby przyszłość całego ZieDAF’u zależała od niego, co wkurwia mnie strasznie, bo najprościej mówiąc Robo Grześ rozpierdala mój system, który sobie opracowałem. Nie można tak przecież ludziom się w system wpierdzielać, prawda? Nauczyłem się już trochę Robo Grzesia stopować i jak na razie efekty dają nadzieję na lepsze jutro :) Oczywiście mam nadzieję, że lepsze jutro oznaczać będzie, że najdę sobie lepszą pracę, w której Robo Grześ będzie tylko bardziej lub mniej śmiesznym wspomnieniem. Od poniedziałku zaczynamy 2 tygodniowy przestój, a ja dostałem propozycję tygodniowego wyjazdu na mega sesję zdjęciową, ale nic więcej nie mogę na ten temat powiedzieć, no może oprócz tego, że mam mega wielkiego zaciesza z tego faktu :) Dodatkowo sesje ślubne, które zalegają na dysku i przypominają się aby w końcu sie do nich zabrać.. A, i jeszcze wyjazd na Podlasie gdzie wraz z M. walczyliśmy o utrzymanie niepodległości naszej nowo powstającej komórki społecznej :) My kontra połączona siła naszych rodziców, a wszystko to dotycząca kwestii finansowania naszego ślubu (muszę tu zaznaczyć, że my upieraliśmy się na to, ze weźmiemy na siebie większą część kosztów, a rodzice.. no cóż, oni upierali się na to samo :).. Negocjacje trwały długo podczas których alkohol pod różnymi postaciami lał się strumieniami, ale udało nam się wywalczyć silną pozycję, a to wszystko dzięki mojemu sprytowi: w ostatnich minutach negocjacji wyciągnąłem grubego i okropnego księdza z rękawa i to dało nam dodatkowy punkt w tej rozgrywce :)..
A teraz czuję, że ktoś położył mi jakiś ciężki głaz na plecach i pora iść spać :) dziś bez zdjęciowych odnośników, bo po prostu czasu na sesje nie ma..
2 comments